Zacznijmy od dwóch faktów dotyczących mojego życia. Po pierwsze, nigdy nie byłem wielkim fanem zwiedzania miast. Nigdy nie potrafię się w nich odnaleźć i właściwie nie do końca wiem, co w nich robić. Po drugie, zawsze w mojej głowie Włochy kojarzyły się z miejscem, gdzie się jeździ na nartach.

 

Nie tylko okazało się, że Włochy mają całkiem sporo do zaoferowania poza stokami narciarskimi, ale również, że zwiedzanie miast nie jest wcale tak złe jakby się wydawało. Przyjemnie jest się zgubić w małych uliczkach, bez stresu i bez planu zobaczenia tysiąca zabytków. To takie proste! Muszę więc przyznać, że byłem zadowolony. A to wszystko dzięki mojemu półwłoskiemu koledze, który nie tylko mnie namówił, ale również zaoferował nocleg, włoskie jedzenie i miejce do spania w swoim domu pod Florencją.

 

Niewątpliwie najlepszą rzeczą w podróżowaniu z lokalsami jest to, że nie trzeba się o nic martwić. Wystarczy poczuć klimat i szum wina w głowie. Najpierw kilka zdjęć z Bolonii, stolicy mortadelli, a potem już Florencja i okolice.

 
 

 

Hej, parkour jest super!

 

 

Ciao!